czwartek, 28 listopada 2013

Zakupy w internecie - tak, ale nie przez smartfona

Tylko co szósty Polak robi zakupy za pośrednictwem tabletu, smartfonu lub komórki. To wynik niewiele lepszy niż dwa lata temu - podaje "Puls Biznesu". Taka stagnacja wynika, zdaniem Esynapsy, z trzech przyzwyczajeń Polaków:
  • poważne sprawy (zakupy, przelewy) załatwiamy przy komputerze stacjonarynym lub laptopie; tak jest nadal wygodniej;
  • smarton traktujemy jak zwykły telefon - dzwonienie, smsowanie, robienie zdjęć - nie wychylamy się poza te czynności; dzieci ściągają gry i to właściwie wszystko;
  • wiele sklepów internetowych nie ma apilikacji mobilnych dostosowanych do monitorów tabletów i smartfonów.
Liczba m-konsumentów nie rośnie w takim tempie jak jeszcze kilka lat temu. W każdym razie można tylko pomarzyć o dynamice wzrostu z 2011 r. – wtedy to odsetek osób kupujących za pośrednictwem tabletów i smartfonów wzrósł o 6 pkt proc. w porównaniu do 2010 r.

- Z różnych badań wynika, że wielu Polaków nawet nie wie, że ma smartfona. Dane Deloitte pokazują, że co trzeci Polak używa go tylko jako telefonu, a zgodnie z wynikami badań Ernst&Young, korzystanie z aplikacji nie znalazło się nawet w pierwszej piątce usług dodatkowych wykorzystywanych przez posiadaczy smartfonów – zwraca uwagę dr Jolanta Tkaczyk z Katedry Marketingu Akademii Leona Koźmińskiego.

Co jeszcze wynika z badania Gemius i e-Commerce Polska? Chociażby to, że konsumenci decydujący się na zakupy przez urządzenia przenośne mają pewne cechy wspólne. Osoby korzystające z asortymentu e-sklepów za pośrednictwem urządzeń mobilnych charakteryzują się bowiem większą niż inni e-zakupowicze podatnością na rekomendacje zakupowe. To oni również częściej odwiedzają serwisy skupiające sklepy o podobnym asortymencie tzw. pasaże handlowe oraz strony WWW z recenzjami i opiniami o produktach czy usługach.

Źródło: Puls Biznesu

środa, 27 listopada 2013

Prezes Nokautu odpowiada

Tydzień temu napisałem post o kłopotach Nokautu, a także innych polskich wyszukiwarek. Prezes grupy Nokaut odpowiedział na wpis na Esynapsie.

Przyczyny problemów? Obniżenie pozycji w  wynikach wyszukiwania Google. Uruchomienie przez Google własnej usługi Google Zakupy. Polskie wyszukiwarki ratują się między innymi wykupowaniem reklam Google AdWords, a to słono kosztuje. W trzech kwartałach br. Grupa Nokaut zanotowała 8,55 mln zł wpływów ze sprzedaży i 64 tys. zł straty netto, a w samym III kwartale - aż 297 tys. zł straty.

Google upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Pozyskał dodatkowe przychody z reklam AdWords, a jednocześnie przygotował się do właśnie uruchomionej na polskim rynku usługi Zakupy Google. Teraz to one wraz z innymi reklamami zajmują pierwsze miejsca w wynikach wyszukiwania - komentowałem.

Co na to Nokaut?
Sławomir Topczewski,
p.o. prezesa Nokaut
- Google zainteresowany jest promocją własnych rozwiązań. Uznajemy to za naturalne, że chce, by te usługi dobrze zafunkcjonowały na rynku - odpowiedział blogowi Esynapsa Sławomir Topczewski, p.o prezesa grupy Nokaut. - My jesteśmy przekonani o sile własnych produktów. Dużą konkurencję w branży internetowej mieliśmy zawsze. Jak pokazuje nasza historia, potrafimy radzić sobie w tak wymagającym środowisku. Poza tym wyszukiwarka Google to ważne źródło klientów, lecz nie jedyne - zapewnia prezes.

Nie jest to jedyne źródło, ale generuje od 50% do 80% ruchu w witrynach. Jak to źródło wysycha, zamiera ruch. A strata obecności w Google przez nałożenie filtra lub wyraźne obniżenie pozycji w wynikach wyszukiwania oznacza po prostu wegetację dla witryny, która ma generować przychody.

Pisałem: Nokaut się ratuje. Zwalnia pracowników, nadal wykupuje reklamy AdWords. Myśli nad rozwojem własnych projektów e-commerce. 

- Poszukujemy partnera biznesowego dla obszaru porównywarki. To jest nasz core business. Nokaut.pl odwiedza ponad 2,5 miliona użytkowników miesięcznie i liczymy na dalszy wzrost - napisał Esynapsie Topczewski. - W grudniu zaczynamy rozmowy z potencjalnymi partnerami. Koncepcji rozwoju jest kilka – jedna z nich polega na współpracy z podmiotem, który odznacza się dużym ruchem użytkowników. Może to być np. portal internetowy. Drugi wariant to kooperacja z firmą posiadającą technologię, która wraz z Nokaut.pl pomogłaby w uzyskaniu odpowiedniego efektu synergii. Istnieje także opcja nr 3, czyli współpraca z porównywarką zagraniczną, która funkcjonuje na rynkach zachodnich i posiada know-how niedostępne w Polsce.
Aktywnie działamy także przy tworzeniu drugiej odnogi biznesu, która pozwoli skutecznie zdywersyfikować źródło przychodów Grupy Nokaut. Nasza strategia zakłada m.in. przejęcia niewielkich, lecz perspektywicznych przedsiębiorstw technologicznych - kończy Topczewski.

Pomysł z nawiązaniem współpracy z portalem jest kierunkiem we właściwą stronę, o ile portale nie prowadzą już własnych projektów wspierających sprzedaż. Nokaut pewnie chętnie pozyskałby ruch porównywalny do tego, jaki generuje mu AdWords, ale za mniejsze pieniądze za jedno kliknięcie.

Reszta pomysłów wydaje się do rozpatrywania przynajmniej kilku miesięcy.







Biedronka, czyli kolonializm XXI wieku

Telewizja, radio, billboardy zachęcają, żebym dał się zaskoczyć jakością „Biedronki”. Chodzę i kupuję, jak ostatnio jogurty owocowe. Smaczne. Jestem wniebowzięty. Zawodowo działania marketingowe Biedronki – opakowania, gazetki, foldery, reklamy – oceniam na szóstkę.


Jest druga strona medalu. Na warszawskim Grochowie kojarzę przynajmniej pięć Biedronek, a ile jest naprawdę na całej Pradze Południe – przypuszczam, że około dziesięciu. Dziś (tekst pisałem 17 marca 2012 r.) przeżyłem duże zdziwienie. Na Międzynarodowej, blisko Waszyngtona, były od zawsze delikatesy Mini Europa. Od zawsze, czyli jak kojarzę, przynajmniej od 10 lat. Zbliżam się, zbliżam. Oczom nie wierzę. Lokal stoi pusty, towar i szafki zniknęły. Przez głowę przebiegła myśl: - No, tak, padli, konkurencja.

Ale na szybie wisi komunikat właściciela lokalu, spółdzielni mieszkaniowej, że nowym najemcą lokalu jest Jeronimo Martins SA, czyli właściciel Biedronek. O co toczy się gra? Interesuję się rynkiem spożywczym, więc sądzę, że pomiędzy brytyjskim Tesco a portugalską (a może już holenderską) Biedronką trwa walka, kto zajmie rynek lub kto zajmie na nim taką pozycję, by móc stawiać jeszcze ostrzejsze warunki polskim dostawcom, zatrudniać za coraz mniejsze stawki pracowników, oferować w miarę tanie produkty całej reszcie przeciętnych zjadaczy. Teoretycznie wszystko się zgadza, wolny rynek, silniejszy wypiera słabszego, niewidzialna ręka rynku. Jakie to wzruszające.

Nawet nie mam pretensji do Biedronki. Zajmie rynek i może podniesie ceny. A może nie. Nadal kupuje się tam tanio, choć drożej niż w niemieckim Lidlu. Trochę żal, ze zyski z handlu w Polsce wypłyną gdzieś na Zachód. Taki kolonializm XXI wieku.

Ale największe zastrzeżenie zgłaszam do państwa polskiego. Niech Biedronka otwiera kolejne sklepy, będzie szarańcza Biedronek. Ale dlaczego uliczni handlarze kwiatkami, ciuchami i Czym Tylko Się Da są karani mandatami za to, że sprzedają próbują utrzymać siebie i rodziny? Nie mają kasy fiskalnej? Nie płacą podatków? Nie niosą haraczu do ZUS-u? Jakoś nikogo nie interesuje, gdy wielkie firmy stosując „optymalizację podatkową” potrafią transferować potężne pieniądze poza Polskę.

Dajemy się zaskoczyć. Nie tylko jakością Biedronki. Obudzimy się z ręką w nocniku, gdy za kilka lat zniknie na przykład kultowy bazar na pl. Szembeka, a kupcy zasiądą na kasach w Biedronkach. Mają pracę? Mają. Więc Polacy nie powinni zmarnować szansy, by siedzieć cicho, jak nas pouczał światowo Jaques Chirac.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Przez grafikę na wysokie pozycje w Google

Przysłowie mówi "przez żołądek do serca". W przypadku optymalizacji serwisu lub sklepu internetowego pod wymogi wyszukiwarki Google można mówić o parafrazie "przez grafikę do Google".

Bardzo nie lubię zwrotów "pozycjonowanie", "pozycjonowanie przez Google", ponieważ wiele serwisów, którymi się zajmowałem i zajmuję (www.edumed.com.pl, www.vitamarket.pl, www.nabudowe24.pl, www.sklep-wiazowna.pl) powstawały z pasji tworzenia oryginalnych i pożytecznych treści. Oto przykład: sklepwiazowna.blogspot.com.

Czy jakość, oryginalność obrazów i zdjęć ma znaczenie? Tak, szczególnie gdy klient kupuje oczyma, a więc na przykład przy wyborrze projektu domu, po jego budowę (podbitka dachowa), aż do wykończenia (aranżacja wnętrz).
Nie bez znaczenia przy produktach kupowanymi oczami jest fakt, że często klienci wyszukują od razu grafikę, pomijając tekstowe wyniki wyszukiwania.
Ale skupmy się na tekstowych wynikach wyszukiwania dla frazy podbitka dachowa. W wynikach wyszukiwania otrzymujemy:


Idę o zakład, że z pięciu graficznych wyników wyszukiwania cztery są oryginalnymi, niekatalogowymi zdjęciami. Siła leży w oryginalności i jakości zdjęcia. To pierwszy warunek. 


Reszta to:
optymalizacja nazwy plików – nie wgrywamy do sklepu czy serwisu plików o nazwach prosto z aparatu czy telefonu: 010101.jpg czy WP_010101. Wkładamy wysiłek w nazwę „podbitka-dachowa-orobel-MAHON.jpg”. Poszczególne elementy oddzielamy pauzą; bardzo wazne jest to, by w nazwach plików nie używamy polskich liter.

optymalizacja ALT – należy krótko, ale precyzyjnie opisać, co przedstawia zdjęcie lub grafika. Również tu warto użyć słów kluczowych, ale w logicznym kontekście. Google zaleca, by był to opis, jakby informacja dla osoby niewidzącej lub nie mogącej w danym momencie obejrzeć zdjęcia. Pozostawianie pustego znacznika ALT jest ewidentnym niedociagnięciem. Z błędów, jakie najczęściej powtarzają się to kopiowanie do ALT nazw plików. Można zatem w alt wrzucić tekst: "Podbitka dachowa kolor mahoń dobrze komponuje się z beżową elewacją domu".

optymalizacja samej strony – aby grafika wysoko znajdowała się w wyszukiwarce grafik, a także pojawiła się na głównej stronie wyników wyszukiwania, strona powinna być zoptymalizowana. odpowiednie title strony, nagłówki, czy wreszcie tekst na stronie, nawiązujący do obrazka – to podstawowe kwestie, na które powinna zwrócić uwagę osoba, która chce pozyskiwać wejścia z grafik.



czwartek, 21 listopada 2013

Payback - nie sztuka dogonić króliczka, sztuka go gonić



Od dawna mnie korciło, żeby napisać, jaki sens ma zbieranie punktów w programie Payback. 
Tankowałem paliwo na BP przez ostatnie pół roku, ciułając punkty. Do tego dochodziły okresowe zakupy w Realu, Empiku. Na karcie Payback uzbierało się 3912 punktów, przy łącznych wydatkach rzędu 3000-4000 zł. Wyliczenie wydatków jest przybliżone. 
Zapomniałem hasła do konta Payback. A prowadząca program firma nie bardzo ułatwia przypomnienie hasła, co jest standardem w innych serwisach. Może nie chcą, by klienci przerażali się, ile wydali i co z tego mają?

Szczegółowe dane podam, jak odzyskam dane do konta.
Niemniej, nabiwszy na kartę 3912 punktów, z kategorii:
- kuchnia - nie mogę dostać nic. Do pieprzniczki i solniczki brakuje mi jakieś 2000 punktów;
- dom i ogród - nie zasłużyłem na żadną nagrodę;
- dla dzieci - dzieci też nic nie dostaną; natomiast 3000 punktów mogę wymienić na 30-złotowy kupon w Smyku.
Co mogę kupić w Smyku za 30 zł? Młodszemu synowi mógłbym kupić saszetkę Angry Birds z ptakiem lub świnią.(22,99 zł lub 2299 punktów).  
Gdybym coś kupił za 30 zł, to byłoby to równo 1%. To wyliczenia i tak bardzo ostrożne, bo nie znam dokładnej historii transakcji rejestrowanych kartą Payback..Myślę, że moja korzyść jest mniejsza niż 1%. To niezbyt chojna nagroda za wierność. Może lepiej po prostu mniej wydawać, oszczędzać pieniądze i kupować z zaoszczędzonych srodków to, czego naprawdę potrzebujemy?
Bo tak sami siebie łapiemy w pułapkę: 1. tankuję droższe paliwo na BP niż na przykład w Auchan, bo nabijam punkty. 2. Nabijam punkty, by DOSTAĆ NAGRODĘ. 
Czy to ta NAGRODA motywuje nas do tego, byśmy się sami oszukiwali?

Sprawą zajął się też Maciej Samcik z 'Gazety Wyborczej", który pisze:
Po dwóch latach tankowania uzbierałem 20 tys. punktów i większość z nich wymieniłem na wartą 250 zł zniżkę na ekspres do kawy. Nie był to dla mnie interes życia, bo abym uciułał te 20 tys. punktów, musiałem najpierw wydać na paliwo, bagatela, 65 tys. zł (w BP za każdy litr przyznają 1,5 pkt). Każda złotówka zniżki na ekspres do kawy kosztowała mnie więc 260 zł, a więc równowartość niemal pełnego baku.
Ja i tak - nawet gdybym nie miał w portfelu karty Payback - jeździłbym do BP, bo to najbliższa stacja w mojej okolicy. Ale nie rozumiem ludzi, którzy po to, żeby "zasłużyć" na tę przykładową złotówkę zniżki na ekspres do kawy albo toster, jeżdżą zatankować do pełna na stację w sąsiedniej dzielnicy (znam takich!).



Jak Google (nie)świadomie zaszkodziło Nokautowi


W trzech kwartałach br. Grupa Nokaut zanotowała 8,55 mln zł wpływów ze sprzedaży i 64 tys. zł straty netto, a w samym III kwartale - aż 297 tys. zł straty. Mocno wzrosły wydatki firmy na reklamy w Google i wynagrodzenia podał portal Wirtualnemedia.pl.


Problemy Nokautu i innych wyszukiwarek (Ceneo.pl, Skapiec.pl) zaczęły się w 2012 r. Google ukarało porównywarki za masową wymianę linków (SWL) obniżeniem miejsca w wynikach wyszukiwania o kilkadziesiąt pozycji. Po jakimś czasie banici wrócili.
Ale wiosną tego roku Google zmieniło algorytm wyszukiwania, czego skutkiem było ponowne obsunięcie się, choć nie tak drastyczne, pozycji wyników wyszukiwania czołowych wyszukiwarek.
Nokaut.pl, aby podtrzymać ruch w serwisie, musiało sięgnąć do płatnych firm pozyskania ruchu Google Adwords.
Efekt nie kazał na siebie długo czekać. Mocno wzrosły wydatki firmy, z 6,51 mln zł w trzech kwartałach ub.r. do 9,02 mln zł w br.., czyli o 38,5 proc. Największą część kosztów stanowią wydatki na usługi obce, które w skali roku zwiększyły się z 2,84 do 5,81 mln zł, czyli aż o 104,7 proc.!

Grupa Nokaut tłumaczy, że od majowej modyfikacji algorytmu Google linki do porównywarki Nokaut.pl zostały na trwałe przesunięte na dalsze pozycje. - Efektem była stopniowa, systematyczna zmiana struktury pozyskiwanego ruchu z przewagi ruchu darmowego na korzyść płatnych źródeł. Na początku roku 2013 koszt pozyskania ruchu wynosił około 30 proc. przychodów z przeklików, podczas gdy obecnie wynosi on około 70 proc. - opisuje spółka.

Google upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Pozyskał dodatkowe przychody z reklam AdWords, a jednocześnie przygotował się do właśnie uruchomionej na polskim rynku usługi Zakupy Google. Teraz to one wraz z innymi reklamami zajmują pierwsze miejsca w wynikach wyszukiwania. Prezentacja produktów jest, moim zdaniem, bardzo skuteczna, ponieważ wzrok czytelników (internautów) wędruje od lewej do prawej strony, czyli tam gdzie akurat umieszczono Zakupy Google. A każde kliknięcie to przychód dla Google.

Nokaut się ratuje. Zwalnia pracowników, nadal wykupuje reklamy AdWords. Myśli nad rozwojem własnych projektów e-commerce. Zanim przeczytałem, co Nokaut rozważa, pomyślałem, że spółka zmierza w dobrym kierunku. Własne projekty e-commerce (serwisy branżowe? blogi? portale tematyczne?) są dobrą formą ucieczki do przodu.

Bo z koniem nie ma się co kopać.



Zajmuję się SEO, SEM. Buduję sklepy internetowe, w których celem jest: wyższa pozycja w wyszukiwarce Google, wzrost liczby unikalnych użytkowników, poprawa konwersji sklepu, czyli liczby zamówień w stosunku do odwiedzin w witrynie. Przygotowuję teksty, opisy i artykuły, które uatrakcyjniają sklep pod względem jakości treści.
Napisz: jaroslawpalyska@gmail.com